Mija 30. lat od momentu powstania “Solidarności”. Założyciele tego związku zawodowego warczą na siebie jak wściekłe psy, okładają się teczkami bezpieki, depczą to co sami wypracowali, albo przypisują sobie Bóg wie co,bo przecież kto to dzisiaj sprawdzi. Honorując u siebie na blogu ten fakt (powstania ruchu “Solidarność”) przybliżam tekst, który został zniszczony przez włamanie na bloga na jesieni ubiegłego roku. To publikacja Maćka Mieziana, pracownika naukowego Muzeum Historycznego Miasta Krakowa z Nowej Huty, znanego i lubianego. Tekst pojawił się w “Focus Historia”, nr 1, kwiecień 2007 r. Dotyczy Andrzeja Szewczuwiańca, o którym solidarnościowe elity z Nowej Huty chcą zapomnieć, a on zapomnieć o sobie nie pozwala i śni się im pewnie po nocach. Szewczuwianiec pojawia sie także w filmie Jerzego Ridana “Lenin z Krakowa”, gdzie opowiada o organizacji zamachu na pomnik Lenina z al. Róż w 1979 r. Polecam gorąco lekturę Mieziana, mój wpis na tym się kończy…

fot. Andrzej Stawiarski (”Gazeta Wyborcza”)
Zapadły ciemności. Pracownicy organów bezpieczeństwa pogrążyli się w czujnym śnie. Nic nie zapowiadało, że ta noc przejdzie do historii. A jednak stało się – 18 kwietnia 1979 roku Nową Hutą wstrząsnęła potężna eksplozja.
Początkowo nikt się tym nie przejął. Odgłosy wybuchów nie należą tu do rzadkości. Gdy do wielkiego pieca wrzuci się mokry od deszczu czy lodu węgiel, wytwarza się para, powodując donośną detonację. Toteż wybuch nie postawił na nogi mieszkańców Nowej Huty – oczywiście z wyjątkiem tych, którzy mieszkali przy alei Róż i placu Centralnym. Ci, obsypani szkłem z rozbitych okien, nie mieli wątpliwości, że celem ataku stał się pomnik Lenina.
Jak Lenin trafił do Nowej Huty
15 marca 1953 r. umarł w swojej daczy w Kuncewie Józef Wissarionowicz Stalin, pogrążając w żalu mieszkańców Związku Radzieckiego i całą postępową cześć ludzkości. Nic dziwnego zatem, że chęć nazwania wszystkiego jego imieniem udzieliła się władzom Polski. Wkrótce liczne place, zakłady pracy i szkoły zyskały imię zmarłego, a Katowice stały się Stalinogrodem. Nie udało się tej operacji przeprowadzić tylko w Nowej Hucie, bo mieszkańcy Krakowa postanowili patronem kombinatu uczynić Lenina. Władze przełknęły zniewagę i imię „ojca narodów” otrzymał tylko plac Centralny.
Częścią peerelowskiej obrzędowości było składanie kwiatów pod pomnikami działaczy ruchu robotniczego. Huta nosiła miano Lenina, więc potrzebny był w pobliżu stosowny monument. Tymczasem jedyny pomnik wodza stał kilkanaście kilometrów dalej, w centrum Krakowa, a na dodatek był opiłowany, gdyż pierwotnie przedstawiał także drugą postać, wkrótce niepożądaną – Stalina. Ci dwaj koryfeusze komunizmu zaczęli ze sobą współpracować właśnie w Krakowie w 1912 r.
Pomnik Wodzów Rewolucji stanął w Parku Strzeleckim w Krakowie, niedaleko dworcowej piwiarni, gdzie – jak wiadomo z listów Lenina – przesiadywał Stalin, płodząc nieśmiertelne dzieło o kwestii narodowej. Piwiarnię tę odwiedzali chętnie również inni rewolucjoniści: Feliks Dzierżyński, Karol Radek, Lew Kamieniew, Grigorij Zinowiew, Nikołaj Bucharin i Insessa Armand – słowem elita rosyjskiego bolszewizmu.
Wkrótce gród Kraka stał się miastem „leninowskim” i co roku odwiedzały go wycieczki, wędrujące szlakami Wodza Rewolucji. Początkowo kwiaty składano pod pomnikiem w Parku Strzeleckim, ale gdy odlany z betonu posąg uległ erozji tak, że zostały z niego tylko buty, konieczne stało się wzniesienie nowego. Stanął przed bramą nowohuckiego kombinatu. Popiersie prezentowało jednak ledwie cześć sylwetki. Wkrótce więc pracownikom huty oznajmiono, że swoją trzynastą pensję i premię przeznaczą – w geście miłości do Wodza – na jego pomnik w alei Róż.
Włodek Urwipięta
Poparcie dla tej inicjatywy – zarówno wtedy jak i gdy pomnik już stał przybierało różne formy. A to w nocy ktoś położył pod pomnikiem rower i kartkę z napisem: „Masz tu rower, stare buty i spierdalaj z Nowej Huty!”, a to oblewano rzeźbę walerianą przyciągającą koty i na drugi dzień Lenin na kilometr cuchnął kocim moczem. Jedni planowali nielegalnie kupić działo przeciwlotnicze i odstrzelić Leninowi głowę, drudzy zamawiali w „Stylowej” kotlet i kazali kelnerowi zanieść go na cokół („niech się nażre i zjeżdża”). Wobec pomysłowości kontestatorów milicja, patrolująca pomnik dzień i noc, była bezradna.
18 kwietnia 1979 r. aleją Róż wstrząsnęły dwie eksplozje. Pierwsza rozerwała Leninowi goleń cofniętej nogi (wódz ukazany był w wykroku). Drugi ładunek, podłożony pod wysuniętą do przodu nogę, na której opierał się cały ciężar monumentu, podczas pierwszego wybuchu spadł z cokołu i rozerwał się pod pomnikiem. Potężny podmuch wybił szyby w 200 oknach, ale Lenin ocalał – stał się tylko… „Włodkiem Urwipiętą”.
Na tropie małoletnich piromanów
Barwny opis akcji, która później nastąpiła, znajdujemy w internetowym blogu było pracownika Służby Bezpieczeństwa z Nowej Huty. Gdy ściągnięto go o 2 w nocy w aleję Róż, byli tam już liczni dostojnicy wszystkich szczebli. Paląc nerwowo papierosy, dreptali zatroskani wokół pomnika i skutecznie zacierali ślady „zamachu”. Milicjanci, zamiast rozpocząć śledztwo, musieli przez szacunek zajmować się pocieszaniem notabli. W dodatku każdy z nich czuł się w obowiązku pomacać rozerwaną piętę Lenina. Dopiero nad ranem, gdy dygnitarze opuścili miejsce zdarzenia, można było przystąpić do czynności. Zebrano resztki śladów, ale te nie wskazały już na nic. Postawiono więc śmiałą tezę, że wyczynu dokonał piroman. Kłopot w tym, że w kraju się od nich roiło.
Zadanie SB, żeby znaleźć właściwego piromana, nie należało do łatwych. Utrudniał je jeszcze fakt, że w owych czasach, gdy w sprzedaży nie było jeszcze sztucznych ogni i fajerwerków, wszyscy chłopcy parali się ich chałupniczym wyrobem. Przeciętny 12-latek wiedział, jak zrobić bombę z produktów dostępnych w sklepie spożywczym. Sprzedawano tam między innymi „saletrę do peklowania mięsa”. Wystarczyło ją zmieszać z siarką i węglem drzewnym, by uzyskać proch strzelniczy. Każda szkolna biblioteka posiadała książeczkę Stefana Sękowskiego „Ciekawe doświadczenia”. Zawierała ona instrukcje, jak w domowych warunkach zrobić chlor, jak sprawić, by papier sam się zapalił lub wyprodukować wybuchające kryształki. Składniki były łatwo dostępne w aptece lub drogerii, a technologia – nieskomplikowana, więc pracownicy bezpieki rwali sobie włosy z głowy.
Poszukiwania zaczęto od szkół. Sprawdzono w sumie ponad pięć tysięcy osób. Nawet autor niniejszego artykułu trafił na listę podejrzanych, choć w ósmej klasie miał z chemii ledwie „dostateczny”. Poszukiwania, na które wydano majątek, nic nie dały. Po latach, gdy śledztwo zostało umorzone, a sprawa się przedawniła, do zamachu przyznał się Andrzej Szewczuwianiec.
Niechciany bohater
Andrzej Szewczuwianiec to jeden z najdziwniejszych polskich bohaterów. Jego życiorys jest nie tylko „pokręcony”, lecz w dodatku nie do końca sprawdzalny. Znamy go głównie z jego własnych opowiadań, gdzie opisy czynów bohaterskich mieszają się z epizodami mniej chlubnymi. Jerzy Sadecki w książce „Ziarna gniewu” z 1989 r. pisał: „Ten szczupły, średniego wzrostu hutnik o inteligentnej twarzy i dużych, kwadratowych okularach, umie dobrze mówić, znajduje argumenty, które trafiają do robotników. Niedługo przed strajkiem oficjalnie na zebraniach krytykował politykę cenowo-płacową władz. Ludzie do zauważyli i uznali za swego. Dlatego też mógł zrobić to, co uznawano za niemożliwe: wyłączyć czerwone światło i powiedzieć: „Nie robimy!”. Za ten jeden gest należy się Szewczuwiańcowi niekwestionowane miejsce w historii Nowej Huty – niezależnie od tego, jak się potoczą jego losy. Czy starczy mu doświadczenia, mądrości i odwagi, czy nie ulegnie pokusom władzy, czy nie dołączy do jakże licznej grupy sfrustrowanych przywódców „jednego strajku”, których przerosły przyszłe, niestrajkowe czasy…?”.
Przewidywania Jerzego Sadeckiego okazały się trafne. Dawny bohater początki III Rzeczpospolitej podziwiał zza krat więzienia w Czarnem pod Koszalinem, gdzie trafił za zwykłe włamanie.
Zacznijmy jednak od początku. Zanim Szewczuwianiec porwał się na nowohucki pomnik Lenina, studiował medycynę w Szczecinie. Tu zastał go grudzień 1970 roku. Idąc na kolokwium, zobaczył, jak ludzie demolują i podpalają Komitet Wojewódzki PZPR. Razem z kolegą postanowił im w tym pomóc, lecz przypadkowo zgubił tam swój studencki indeks. Skończyło się to niemiłą wizytą na komisariacie, gdzie poinformowano go, iż jako warchoł nie może dłużej studiować i pojedzie na resocjalizację do Nowej Huty. Cztery lata później ożenił się i nie mogąc zdobyć mieszkania, rozłożył się wraz z żoną i dzieckiem pod innym Komitetem Wojewódzkim – krakowskim. Ponieważ jego protest wywołał społeczne zainteresowanie, tym razem trafił na trzy miesiące do więzienia w Pińczowie za „tamowanie ruchu kołowego”.
Nie natchnęło go to miłością do socjalistycznej ojczyzny, tym bardziej, że nie chciano przyjąć go do żadnej pracy. W luźnej rozmowie z przyjaciółmi zaproponował wtedy zrobienie „tąpnięcia” pod Leninem. Pomysł został przyjęty z aprobatą. Szewczuwianiec przywiózł dwa nesesery siarki, koledzy załatwili fosfor, przygotowano odpowiednie lonty. Reszta nie wydawała się trudna – trzeba było umieścić, ładunek pod nogami pomnika. Podmuch miał uderzyć w ścianę, odbić się i przewrócić monument. Nikt z zamachowców jednak nie przypuszczał, że pomnik jest tak mocno osadzony. Poza tym, zamiast umieścić ładunki pomiędzy nogami Lenina, postawili je na zewnątrz. Na domiar złego lunął deszcz i lonty zmokły. Jeden długo nie chciał się zapalić, a gdy w końcu się zajął, zza rogu wyłoniła się nagle staruszka i spacerowym krokiem ruszyła wprost na pomnik. Szewczuwianiec podbiegł do niej pędem, chwycił za ręce i nie bacząc na ciężar, uciekł za róg najbliższego budynku. Za chwilę podmuch eksplozji zdemolował całą okolicę. Posypały się szyby z okien, z restauracji „Stylowej” wyleciały krzesła i stoliki, a samochód z zamachowcami obrócił się o 180 stopni. Ludzi, którzy po pierwszym wybuchu podeszli do okna, druga eksplozja odrzuciła na przeciwległą ścianę pokoju. Szewczuwianiec na chwilę ogłuchł. Rozmiar szkód przeraził go – nie spodziewał się takiej siły po dwóch 6-kilowych ładunkach. Ale gdy dym się rozwiał, Lenin… stał na swoim miejscu.
Na drugi dzień rozpętało się piekło. Wszystkie grupy dochodzeniowe tropiły zamachowców. Przyjechali fachowcy z KGB, polski rząd słał przeprosiny do Moskwy, prasa rozpętała kampanię przeciwko wichrzycielom. Szewczuwianiec stwierdził, że lepiej opuścić Nową Hutę, ale ucieczka okazała się złym rozwiązaniem – szybko został zatrzymany i poddany śledztwu, które trwało półtora roku.
Szewczuwianiec był jednym z wielu podejrzanych o urwanie pięty Leninowi. Bezpieka przywiozła go na komendę w Kielcach. Po trzech miesiącach przebywania w piwnicy był tak zdesperowany, że podciął sobie żyły znalezionym na spacerniaku kawałkiem szyby. Obudził się na drugi dzień pod kroplówką i jak sam opowiadał – przestał się bać. Ponieważ niczego nie można mu było udowodnić, zamknięto go na sześc lat za kradzież maszyny do pisania. Odsiedział prawie cały wyrok.
Bunt za kratami
Sierpień 1980 r. przyniósł dawno niewidziany w tej części Europy entuzjazm i zapowiedź zmian. Nastrój odnowy ogarnął też przepełnione więzienia, gdzie 1/3 ludzi siedziała za drobne przestępstwa. 5 maja 1981 r. więźniowie ogłosili strajk głodowy w całej Polsce. Przyłączyło się do niego 116 ze 148 zakładów karnych. Władza nie chciała iść na żaden kompromis, a „Solidarność” znalazła się w kropce – nie wiedziała, czy wypada popierać strajk, czy raczej się wobec niego dystansować.
Więźniowie niewiele mieli do stracenia. Z hasłem „Lepsza śmierć niż powolne konanie” odstawili nawet wodę. W końcu wymusili przyjazd komisji rządowej, która dopatrzyła się uchybień w funkcjonowaniu zakładów karnych. W komitecie strajkowym prym wiódł Szewczuwianiec. Ponieważ było oczywiste, że nie da się zweryfikować tak dużej liczby wyroków, więźniowie spodziewali się amnestii w święto 22 Lipca. A kiedy ta nie nadeszła, w Potulicach, gdzie wcześniej przewieziono cały komitet strajkowy, wybuchł bunt. „Zamknęliśmy się w strajku okupacyjnym w hali lakierni zakładu, gdzie produkuje się meble” - wspominał Szewczuwianiec. - „Był szturm. Pozbieraliśmy ludzi, stanęliśmy pięćdziesiątkami po przy każdej bramie, w rękach po dwie nogi od foteli i uderzyliśmy na zomowców, którzy obstawiali trzystu metrową drogę z fabryki do więzienia. Szturmowaliśmy cztery godziny. Dopiero o dwudziestej wleciałem na kopach do celi…”. Choć i tym razem Szewczuwiańcowi nie udało się wygrać, to doświadczenia w kierowaniu strajkiem miały mu się przydać w przyszłości.
Około połowy lat osiemdziesiątych „Solidarność” była już prawie całkowicie rozbita. Manifestacje odbywały się coraz rzadziej, a liczba demonstrantów systematycznie topniała. Aktywni działacze byli ustawicznie nękani.
Strajk wielkiej nadziei
W roku 1988 władza uznała sytuację za opanowaną. W Hucie im. Lenina pozwolono robotnikom krytykować na zebraniach poczynania dyrekcji i wnosić zastrzeżenia do sposobu rozdziału pieniędzy. W dyskusjach wyróżniał się młody człowiek w charakterystycznych kwadratowych okularach. Był to Andrzej Szewczuwianiec, który po opuszczeniu więzienia powrócił do huty – najpierw na Wydział Rur Zgrzewnych, a następnie na Zgniatacz. Co prawda był człowiekiem „po wyroku”, ale siedział nie za politykę, tylko z paragrafów kryminalnych, a podobną przeszłość miało wielu pracowników kombinatu.
Zgniatacz stał się wkrótce rozsadnikiem buntu w całej hucie. Załoga tego wydziałuw ponad 90 procentach należała do „Solidarności”, tu biło serce nowohuckiego związku. 26 kwietnia 1988 r. Szewczuwianiec wszedł na klatkę Zgniatacza i przełączając światełko z zielonego na czerwone, ogłosił: „Nie robimy. Dość już tej roboty, bo nas zamęczą”. Hasło: „Nie robimy!” wkrótce obiegło cały kraj i stało się bojowym okrzykiem nowego pokolenia, które nie doświadczyło pacyfikacji zakładu po 13 grudnia 1981 roku i najostrzejszych represji stanu wojennego.
Hutnicy bali się, że upolitycznienie ich strajku może wywołać agresję władz. Nienależący do „Solidarności” Andrzej Szewczuwianiec jako przewodniczący Komitetu Strajkowego dawał im do ręki dodatkowy, cenny atut. Zresztą starzy działacze związku, mając w pamięci niedawne więzienia i obozy dla internowanych, wcale nie kwapili się do przejmowania władzy. Z drugiej strony hutnicy zdawali sobie sprawę, że bez poparcia społecznego trudno im będzie cokolwiek zyskac, więc do swojego programu włączyli popularne postulaty podwyżek dla pracowników przemysłowych, służby zdrowia, oświaty i emerytów oraz żądanie przywrócenia do pracy zwolnionych działaczy „Solidarności”.
W trzecim dniu strajku przybyli na teren kombinatu legendarni przywódcy podziemia: Mieczysław Gil i Stanisław Handzlik. Władza przyjęła to jak rzucenie rękawicy i postanowiła rozwiązać sprawę siłowo. Czujność Komitetu Strajkowego uśpiono negocjacjami, w których uczestniczyła kuria krakowska, a gdy wszyscy byli przekonani, że sprawa zbliża się do szczęśliwego, korzystnego dla związku końca, w nocy na teren huty wkroczyły transportery opancerzone „Skot” i brygada antyterrorystyczna. Pogrom, który potem nastąpił, przypominał radomski Czerwiec 1976 roku.
Wtedy Szewczuwianiec wpadł na pomysł, którym zadał władzom cios decydujący – ogłosił strajk absencyjny. O ile na terenie zakładu można było robotników zagnać do pracy pałką, o tyle za parkanem byli już poza wszelką kontrolą.
Pomysł wypalił. Powstała sytuacja patowa i władza w końcu musiała się poddać. Wypuszczono zatrzymanych i przywrócono do pracy zwolnionych uprzednio działaczy związkowych.
Bój to był ostatni
Zdawałoby się, że Andrzej Szewczuwianiec, który w 1988 roku poderwał hutę – człowiek nazywany nie bez racji „drugim Wałęsą” - powinien stac się beneficjentem demokratycznych przemian. Ale dla starej gwardii „Solidarności” Szewczuwianiec był człowiekiem znikąd, być może nawet agentem bezpieki, nasłanym, by rozbić spoistość związku w kombinacie. Na domiar złego gdzieś znikła dość spora suma pieniędzy, którą przewoził. Jego tłumaczenia, że został napadnięty i ograbiony, uznano za wykręty i ogłoszono złodziejem. Dopiero niedawno z akt Instytutu Pamięci Narodowej dowiedzieliśmy się, że ów napad rzeczywiście miał miejsce i stanowił zaplanowaną akcję bezpieki.
Wkrótce nastąpił kres działalności publicznej bohatera z Nowej Huty. Gdy nie wybrano go na przewodniczącego „Solidarności 80”, związku, który sam przecież założył, popadł w depresję i wycofał się z życia publicznego. Jeszcze gorzej przedstawiało się jego życie prywatne. Wraz z rodziną cierpiał przez lata dramatyczną nędzę, a poczucie godności nie pozwalało mu zwrócić się o pomoc. Ostatecznie wyprowadził się do Szczecina, skąd pochodził, i tu – po swojemu niezaradny – założył grupę określaną przez media jako „przestępcza”. Po jakimś czasie policja wpadła na jego trop i trafił do więzienia w Czarnem pod Koszalinem. Po wypuszczeniu wyjechał za granicę. Dziś najprawdopodobniej mieszka w Stanach Zjednoczonych lub w Berlinie. W kraju nadal poszukiwany jest listem gończym.